Z autobusu do pensjonatu
Krzysztof Piórek przyjechał do Irlandii Północnej autobusem. Miał przy sobie dwieście funtów. Dzisiaj jest właścicielem pensjonatu w Portaferry, z którego rozciąga się wspaniały widok na senną zatokę. W rozmowie z Maćkiem Batorem opowiada o wyzwaniach, z jakimi się zmierzył i dlaczego lokalni uważają schabowy za podróbkę kurczaka w chińskiej panierce.
Czym jest dla Ciebie emigracja, jak wpłynęła na Twoje życie?
Dojrzewałem do decyzji o wyjeżdzie. W Polsce prowadziłem własny interes, co przekonało mnie do zmiany centrum interesów życiowych. W kraju było trudno i wiele rzeczy zaprzeczało zdrowemu rozsądkowi. Liczyłem również na większe zarobki za granicą. Przestałem taplać się w kisielu, odżyłem i zacząłem pływać w wodzie i sam decyduję, gdzie chcę płynąć. Emigracja jest dla mnie wyzwaniem, założeniem i pośrednio celem, który może zostać zrealizowany dzięki poświęceniu i ciężkiej pracy.
Historii z przyjazdem do Irlandii Północnej jest wiele, jak wyglądało to w Twoim przypadku?
Zacząłem od planowania, analizy sytuacji. Postanowiłem znaleźć pracę jeszcze w Polsce, nie wyjechać w ciemno. Przez internet znalazłem kilka ofert, wszystko w Irlandii. Pierwszym miejscem okazało się Portaferry, wziąłem 200 funtów w kieszeń i przyjechałem. Tu mieszkam do dziś. Postawiłem na opcję wyjazdu najbardziej sensowną i bezpieczną dla mnie.
Twoje pierwsze spostrzeżenia?
Przede wszystkim czułem wielkie zmęczenie. Jechałem z Polski autobusem, co zajęło mi 46 godzin. Oczywiście towarzyszyła mi ekscytacja. Na miejscu przekonalem się, że wcześniej ustalone warunki zgadzają się. Pracodawca zapewnił mi godny start, ale i kazał ciężko pracować.
Dwa dni spędzone w autobusie z ludzimi, którzy tak jak Ty jechali w nieznane. Jakie było ich nastawienie?
Wszystkie osoby, które poznałem w trakcie drogi jechały do kogoś, czy to do rodziny, czy znajomych. Dla wielu osób był to pierwszy, tak poważny wyjazd za granicę. Każdy, również ja, traktował to jako wielkie wyzwanie. Atmosfera była pozytywna, choć czuć było niepewność.
Skąd pochodzisz z Polski?
Urodziłem sie pod Wrocławiem, po ślubie zamieszkałem z rodziną pod Poznaniem, gdzie aktualnie znajduje się mój Polski dom rodzinny.
Szybko odnalazłeś się w nowym środowisku?
Wszystko było nowe, łącznie z językiem, którego nie rozumiałem. Tutejszy akcent mnie zabił, przez pół roku uczyłem się mówić lokalnym angielskim. Zaskoczyłem językowo, bo pracowałem wyłącznie z tubylcami, nie miałem kontaktu z Polakami. Miasteczko, w którym mieszkam, liczy sobie dwa tysiące mieszkańców. Jest to mała społeczność, gdzie wszyscy się znają. Codziennie na ulicy jestem zaczepiany, pozdrawiany. To mnie z początku dziwiło, bo nie byłem do takich zachowań przyzwyczajony. Szybko zostałem zaakceptowany przez lokalne środowisko, na co wpływ miało również częste goszczenie w lokalnych „ośrodkach kultury”. Gram na boronie (irlandzki bębenek, na którym gra się pałeczką) z lokalnymi muzykami, jestem częścią społeczności.
Kiedy przyszła decyzja o otwarciu własnego interesu?
To, co najlepiej umiem robić w życiu i co sprawia mi wiele przyjemności, to catering, więc nic innego nie wchodziło w rachubę. Po pewnym czasie, wspólnie z żoną, która jest moim motorem napędowym, zdecydowaliśmy sie na otwarcie własnego B&B. Było trudno, oddaliśmy gościom praktycznie ¾ swojego domu. Wytrwałośc plus ciężka praca opłaciły się. Teraz dysponujemy pensjonatem, który w całości przeznaczony jest dla turystów.
Czy starasz się serwować lokalnym polskie jedzenie, jak jest ono odbierane?
Polskie potrawy podajemy w ramach ciekawostki kulinarnej. Wszyscy przepadają za plackami ziemniaczanymi. Niestety, poległem na kotlecie schabowym, który uznany został za podróbkę kurczaka w panierce serwowaną przez Chińczyków. Ludzie często zamawiąją sałatkę grecką.
Zapewne ciężko jest wychowywać dzieci w dwóch tradycjach, jak sobie z tym radzisz?
Koncentruję się na tym, aby moje dzieci wyrosły na dobrych ludzi. To od nich będzie zależało, która tradycja będzie im bliższa. Uczymy nasze córki języka polskiego. Starsza, mówi płynnie po angielsku z lokalnym akcentem, młodsza, która urodziła się już w Irlandii Północnej, bezbłędnie śpiewa polskie piosenki biesiadne. Chciałbym, żeby pamiętały, skąd się wywodzą.
Czy polskie biznesy powinny współpracować?
Współpraca jest kluczem do sukcesu. Rozwijać się w grupie jest łatwiej, wiele spraw wydaje się wtedy prostszych, możesz polegać na ludziach, którzy mają doświadczenie, radzić się ich. Doszedłem do momentu, w ktorym sam, jako właściciel firmy się nie rozwinę. Szukam partnerów, aby dążyć do obranego wcześniej celu.
Wskazanym sposobem na współpracę między polskimi przedsiębiorcami wydaje się być Polska Izba Handlowa, co o tym sądzisz?
Jestem inicjatorem pierwszego spotkania grupy, która pracuje nad powołaniem takiej organizacji. Staramy się określić, jak powinny wyglądać nasze działania, gdzie leży mianownik, który będzie wspólny dla nas wszystkich. Chciałbym dzięki temu projektowi wspierać nowe polskie inicjatywy biznesowe. Koordynacja działań pozwoli również negocjować lepsze umowy z bankami, ubezpieczycielami, czy elektrownią.
Trudno jest być przedsiębiorcą w NI?
Jest to sprawa wymagająca wiele poświecenia i pozytywnego podejścia. Często natrafia sie na przeszkody, które trzeba pokonać. Satysfakcja jest jednak wielka, zwłaszcza, że pracuje się dla siebie, na własne konto.
Czy zostajesz w Irlandii Północnej?
Tak, zostaję tutaj, w Portaferry jest mój rodzinny dom.
Wywiad ukazał się na łamach kwietniowego wydania magazynu „CzteroOsiem„
Comments are closed.