Siedem lat wspomnień

Brak zdecydowania i rozplanowania działań w czasie jest głównym elementem jego utraty.  Wyjazd na trzy miesiące. Popracować, zarobić, wrócić. To było siedem lat temu, dokładnie czternastego grudnia wsiadłem do samolotu, który przeniósł mnie w inny świat, inną czasoprzestrzeń. Można powiedzieć, że był to mój osobisty skok, którego dokonałem świadomie. Szybko pogodziłem się z  „tu”, wcześnie zaakceptowałem „teraz”. Czasu cofnąć się nie da. Zostałem.

Alkohol stanowił bardzo istotny element w życiu emigranta. Był pomocny przy przełamywaniu pierwszych lodów między dopiero co poznanymi mieszkańcami tego samego domu. Pozwolił złagodzić stres związany z wyjazdem w nieznane, często bez odpowiedniego przygotowania, zaplecza, czy znajomości lokalnego języka. Niektórzy używają go rozsądnie, z głową i umiarem. Dla jednych stał się sposobem na życie, a dla innych -  całym życiem.

Moja pierwsza Wigilia poza domem daleka była od ideału. Barszcz czerwony i uszka z torebki. Śledzie i połóweczka na stole.

Dzieliło nas prawie wszystko. Od wieku zaczynając, a na preferencjach politycznych kończąc. Pochodziliśmy z różnych stron Polski. Przez zupełny przypadek zamieszkaliśmy w jednym domu. Duży salon, sześć sypialni i ogród. Posesja wręcz idealna na pierwszy dom emigranta. Niestety, tydzień po przeprowadzce okazało się, że teren okalający budynek przeznaczony jest pod budowę osiedla domków. Koparka pelniła rolę budzika, ale i usypiała do snu. Jadalny stół w kuchni stał się miejscem wieczornych dyskusji. Przeważnie o pracy i polityce. Tematy związane z fabryką mięsa przeplatały się z wspomnieniami z Polski. Stare  przeboje umilały nam czas. Czerwone Gitary.

Im więcej wódki, tym więcej żalu. Podział był sprawiedliwy. Każdy kładł po równo na stół i losował słomkę. Pełna demokracja. Przegrałeś, idziesz do sklepu po prowiant. Zawsze biała, czysta. Tradycja zobowiązywała. I tak dzień za dniem, bez wytchnienia. Alkohol stał się  jedyną rozrywką w domku na prowincji, niby z dala od głównego nurty światowych problemów. Bez telewizji, czy internetu. Po kilku tygodniach wytworzył się schemat spotkań, model debat. Zaczynało się niewinnie, od anegdot i śmiesznych sytuacji z poprzedniego dnia pracy. Często kończyło się na przepychankach i awanturach. Czasami bitce. Alkohol stał się jedynym składnikiem wymiany myśli między mieszkańcami tej niby komuny. Od totalnej zagłady ocelił mnie Marquez na wpół z Cortazarem.

Dostałem propozycję ożenku, od byłego przedstawiciela handlowego, który nie mógł pogodzić się chyba, że jego córka zdecydowała się na związek z obcokrajowcem, z Afryki. Opowiadał, pokazywał zdjęcia, zachęcał. Cieszyłem się, że na drugi dzień temat się urwał. Może nie chciał, chyba nie pamiętał.

O kompanach niedoli dużo nie opowiem. Była to  zbieranina indywidualności, ludzi z niespełnionymi marzeniami, zamkniętymi interesami w Polsce i długami w ZUS-ie. Szczególnie w pamięci zapadli mi Wiesiek i Krzysiek*. Pierwszy, zwany przez wszystkich dwunastopakiem, gdyż piwa i najtańsza szynka/konserwa stanowiły jego codzienny prowiant.

Krzysiek był inny, sportowiec. Na zakupionym za grosze rowerze był w stanie pokonać dalekie dystanse. Wszyscy powtarzali, że dzięki zacięciu i nieustępliwości zajdzie daleko. Kierowca samochodu, który go potrącił twierdził, że było ciemno i nie zauważył rowerzysty. Krzysiek po wielu miesiącach rehabilitacji i długim pobycie w szpitalu stał się bogatszy o siedemdziesiąt tysięcy funtów.

Ostatnią rzeczą, która rzuciła mi się w oczy przed wyprowadzką z domu był rząd używanych rowerów zaparkowanych przed posesją. Dla każdego. Pewnie to tylko przypadek.

c.d.n.

*imiona bohaterów zostały przeze mnie zmienione. Tak, dla pewności.

Kontynuuj czytanie » || Napisał dnia: 14.12.11. || Tagi:, , , , , , , , , ||

Komentarze:

  1. Anna Napisał/a:

    My przyjechalismy dwa dni wczesniej… Te siedem lat zlecialo jak z bicza strzelil… Czekam na kolejne wpisy!! Pozdrawiam i wesolych swiat !!!

    14.12.11 || o godzinie 22:07

Skomentuj: Siedem lat wspomnień

*