Polak nie wielbłąd
Wiele osób zadaje mi pytanie, czy Polacy zostają, czy jednak wyjadą z Irlandii Północnej. Pół żartem pół serio odpowiadam wtedy, żeby monitorowali półki z polskim piwem w lokalnych sklepach. Jeśli przestanie go ubywać, będzie to sygnał, że Polaków w Irlandii Północnej już nie ma. Może i jest to wyznacznik pozwalający demografom na określenie liczebności polskiej emigracji. Z pewnością jest to jednak oznaką naszego nadmiernego umiłowania do spożywania trunków wyskokowych.
Prawdą jest, że od dawien dawna picie to swego rodzaju kultywowanie tradycji. Polak nie kaktus, pić musi – głosi hasło widniejące na jednych z najlepiej sprzedających się T-Shirtów w Polsce, a odmowa wypicia „brudzia” czy „rozchodniaczka” traktowana jest niemal jak zniewaga. Polskie wesela oceniane są w dość osobliwy sposób i niewystarczająca ilość alkoholu położy nawet najlepiej przygotowaną imprezę. Sam po ostatnim
polskim weselu żaliłem się znajomym, że wódka była za ciepła i było to jedyne zdanie, które o weselu powiedziałem.
Łatwo jest zatracić granicę między piciem dla towarzystwa a piciem z przymusu. Przez ostatnie lata miałem do czynienia z wieloma przypadkami ludzi chorych na alkoholizm, których picie doprowadziło na samo dno. Spanie na ulicy, żebranie czy rozboje pod wpływem to jedynie czubek góry lodowej problemów, z którymi się borykali. Ocenianie pijącego, stosując kryteria Bareizmu, „że każdy pijak to złodziej” są tu nie na miejscu. Wiele ze spotkanych przeze mnie osób było ludźmi ciekawymi, wykształconymi i posiadającymi w przeszłości rodzinę, pracę. Brak wczesnego rozpoznania choroby oraz pomocy środowiska zepchnęły je na margines społeczny, a wyjazd zagranicę był jedynym sposobem na ucieczkę przed odsiadką, często za niepłacone alimenty.
Zapewne każdy z nas ma wujka, kolegę, znajomego sąsiada, który dzięki alkoholowi staje się nagle duszą towarzystwa, jest zabawny i uwielbiany przez wszystkich. To, że może i pod koniec imprezy wyląduje z twarzą w sałatce, nikogo nie dziwi. Mówimy sobie, za dużo wypił, ale wesoły był. My, Polacy jesteśmy bardzo tolerancyjnym narodem i potrafimy wybaczyć nagły, niespodziewany atak rwy kulszowej, czy przywiezioną z Filipin tropikalną chorobę . Bo i prawdą jest, że trzeźwy Bohdan Smoleń czy Jan Himilsbach w świadomości Polaków nie mieliby szansy zaistnieć. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że brylujący na imprezach wodzirej narażony jest na ciężkie powikłania zdrowotne. Trzy lata temu jeden z moich klientów zmarł z powodu przedawkowania alkoholu.
Nie będę pisał, że alkohol powinien być zakazany, że pić się nie powinno. Sam lubię się wybrać do pubu i tam pod pretekstem integracji z lokalnymi wysuszyć kilka kufli. Ważne jest jednak, aby zdawać sobie sprawę z konsekwencji picia w ilościach przemysłowych, bo być może w kimś z nas drzemie Miałczyński Ada.
Materiał opublikowany na łamach LinkPolska Express
Comments are closed.