Dzieci Beneficiarzy

Czuję się bezpieczny mieszkając w Belfaście. Wczoraj BBC podało, że wszystkie armatki wodne, którymi dysponowała londyńska policja zostały przerzucone do Irlandii Północnej. Patrząc na poczynania PSNI (skrót od nazwy Police Service Northern Ireland) w trakcie zamieszek, jestem przekonany, że moje bezpieczeństwo spoczywa w dobrych rękach.

Połowa wczorajszej nocy upłynęła mi na śledzeniu sytuacji w Londynie, który boryka się z nową zarazą – dziećmi beneficiarzy. Powiedzieć o niej można tyle, że przypomina scenariusz „29 Dni Później” Danny`ego Boyle`a. Miasto, które w 2012 roku będzie gospodarzem Igrzysk Olimpijskich nie jest w stanie zapanować nad chaosem wywołanym przez młodzież. Dostępne w Internecie zdjęcia – przede wszystkim te zamieszczone przez uczestników rozróby – pokazują, że młodzi mieszkańcy stolicy znaleźli sobie nowy sposób spędzania wolnego czasu. Ulubiony, bo szybko zaadoptowany przez rówieśników w Liverpool. Birmingham, Manchester i Bristol.

W Belfaście wiele razy miałem możliwość przyglądania się pracy lokalnej policji. Poznać metody radzenia sobie z zamieszkami i sposoby pacyfikacji rozwścieczonego tłumu. Każdego prawie roku dochodzi tu do regularnych starć, które nie różnią się praktycznie niczym od tych w Londynie. Poza jednym wyjątkiem. W Belfaście wspomniane wcześniej armatki wodne tryskają radośnie mocnym strumieniem i śmieją się uczestnikom ulicznej imprezy w twarz. Gumowe naboje wystrzeliwane z broni gładko lufowej, naprowadzane laserem trafiają w plecy i nogi wszczynających rozróby nieletnich. Dzięki tak radykalnym metodom policja jest w stanie poradzić sobie z setkami wandali i nie dopuścić do eskalacji zamieszek. W Londynie trwa zabawa w kotka i myszkę. Nic tak nie trafia do rozumu, jak gumowy nabój – powiedział mi kiedyś jeden z policjantów.

Niestety, problemem londyńskiej policji, a raczej przyczyną ich bezsilności nie jest ich mała liczebność, a napompowana do granic możliwości i absurdu „poprawność polityczna”. Z jednej strony rodzice dzieci biorących udział w zamieszkach, wciąż nie do końca wyjaśniona sprawa ofiary strzelaniny, która teoretycznie odpaliła chaos, swoboda przekazywania relacji za pośrednictwem tzw. ‘social media’ – wszystko to doprowadzić może do pogorszenia sytuacji na ulicach Londynu. Do tego dodać trzeba zastępy prawników i organizacji zajmującej się prawami człowieka, armię obserwatorów i kontrole oraz strach przed posądzeniem o dyskryminację i niewłaściwe zastosowanie policyjnych metod. Nikt nie chce wziąć na siebie tak dużej odpowiedzialności. Nawet znana z konserwatywnego podejścia Margharet Thatcher miałaby zapewne wiele obiekcji i obaw.

Patrząc na zakapturzonych, rzucających w szyby i policję kamieniami małoletnich trzeba zadać sobie pytanie, gdzie podziewają się ich rodzice, co robią i czemu dopuścili do tego, aby ich dzieci którąś noc z rzędu demolowały witryny sklepowe, kradły i podpalały auta. Nie ma tu znaczenia, czy akcja dzieje się w Irlandii Północnej, gdzie młodzież wierzy, że ściera się z policją w słusznej sprawie, czy w Londynie. Oba wspomniane przykłady mają ze sobą wiele wspólnego. Rodzice tych wandali zainteresowani są zasiłkami, a pociechy, to ewentualny element uboczny pogoni za dodatkiem do mieszkania, dopłatą do samochodu, czy możliwością przedłużenia o kolejne lata błogiego bezrobocia. Gdyby Cameron w dzisiejszym wystąpieniu zapowiedział daleko idące konsekwencje dla rodziców dzieci biorących udział w zamieszkach, w tym obcięcie zasiłków do zera, to sytuacja znalazłaby swój finał zapewne cztery godziny po wypowiedzi ministra.

Londyn cierpi z powodu braku nieodpowiedniej polityki społecznej, w której dodatkowe fundusze za każde kolejne dziecko miały rekompensować zróżnicowany poziom edukacji, czy brak planu walki z bezrobociem. „Dzieci beneficiarzy” odbijają się głośną czkawką, słyszalną w kolejnych miastach Wielkiej Brytanii. Prawdziwymi ofiarami całej sytuacji są zwykli obywatele, płacący podatki, którzy kolejną noc z rzędu muszą obawiać się o swój majątek i zdrowie.

BTW: W trakcie zamieszek zatrzymanych zostało już ponad pół tysiąca osób, w tym dwóch Polaków. Kilka lat temu w Belfaście lokalna policja aresztowała rodaka pod zarzutem ataku na jeden z lokalnych posterunków. Za pomocą farby w spray`u podkreślał on swoją przynależność do polskiej frakcji UDA (jedno z lojalistycznych ugrupowan paramilityarnych w Irlandii Północnej). Okazał się on niestabilny emocjonalnie, na całe szczęście dla  społeczności polskiej. Organizacji paramilitarnej również.

Kontynuuj czytanie » || Napisał dnia: 09.08.11. || Tagi:, , , , , , ||

Komentarze:

  1. Robert Napisał/a:

    Maćku, obiecałem dorzucić… et voila: http://tygodnik.onet.pl/31,0,66979,1,artykul.html

    17.08.11 || o godzinie 11:30